| Subskrybuj kanał RSS

Europa vs. USA po Le Web ‘08

December 19th, 2008 z kategorii: inne

Prawdziwą burzę wywołała paryska konferencja Le Web, odbywająca się ponad tydzień temu w stolicy Francji. Zakompleksieni Europejczycy, czy aroganccy Amerykanie? Będzie długo, ale mam nadzieję ciekawie.

To czy (piąta już chyba edycja) Le Web okazała się porażką organizacyjną, czy też stała na przyzwoitym poziomie nie jest najważniejsze, a tym bardziej nie mnie to oceniać bo nie miałem okazji uczestniczyć. Nie ma chyba też sensu rozpisywać się na temat wychłodzonych pomieszczeń, czy też marnego menu. Co prawda do tych spraw przyczepił się jeden z głównych bohaterów spięcia - Michael Arrington, ale to także nie sedno dyskusji.

O co poszło? O artykuł, który Arrington zamieścił na TechCrunch w formie podsumowania całej konferencji. Oprócz wspomnianych wcześniej zarzutów pojawiły się też dużo poważniejsze, i jak się okazało wywołały ogromne poruszenie w Europie.

Fragment, który tak rozwścieczył m.in. organizatorów Le Web można streścić mniej więcej w ten sposób - styl życia Europejczyków jest super, ale te dwugodzinne przerwy na lunch przy butelce świetnego wina i ogólna niechęć do zrobienia czegokolwiek sprawiają, że wszystkie największe firmy internetowe powstały w USA. Jeśli jednak komuś uda się przełamać kulturalno-społeczne i finansowe przeszkody, zostaje natychmiast połknięty przez te amerykańskie firmy.

Jak to odczytał Loic Le Meur (organizator Le Web) i pozostali dotknięci? Przestańcie imprezować, udawać wielkich biznesmenów w garniturach, robić nadmuchane konferencje i weźcie się do pracy.

Każdy może zinterpretować to na swój sposób, ale Le Meur poczuł się na tyle urażony że na swoim blogu zamieścił ankietę, w której pyta czytelników o sens zapraszania Arringtona na przyszłoroczną edycję… Śmieszne? Nie do końca, bo na blisko 6 tysięcy oddanych głosów 2/3 nie chce go widzieć w Paryżu.

Cała sytuacja zbiegła się w czasie z moimi osobistymi przemyśleniami na temat organiczeń płynących z bycia e-uropejczykiem. Wydaje mi się bowiem, że o ile Arrington może mieć rację co do bardziej “plastikowego” podejścia do e-biznesu europejskich przedsiębiorców, o tyle nie do końca wszystko może nosić znamiona lenistwa.

Różnice między internetowym rynkiem europejskim, a amerykańskim są pewnie dla wszystkich oczywiste. Nie wszyscy jednak sobie je uświadamiają. Główną barierą dla młodych przedsiębiorców stawiających swoje pierwsze kroki czy to w Polsce, czy innym kraju jest biurokracja. Biurokracja i koszty związane nie tylko z założeniem własnej firmy i jej prowadzeniem, ale także koszty związane z niepowodzeniem. W Polsce do tej pory panuje przekonanie - i nie jest ono bezpodstawne - że ryzyko podejmowane przy pakowaniu się w duże przedsięwzięcie przez szarego obywatela w przypadku porażki zrujnuje życie jego i jego najbliższych. W Stanach często ten sam skutek (rejestracja własnego biznesu) można odnieść poświęcając na to kilkadziesiąt dolarów i kilkanaście godzin, a nowe, perspektywiczne firmy wyrastają tam niemal codziennie.

Innym kłopotem jest również - przynajmniej według mnie bariera językowa. Podczas ostatniego KrakSpota w rozmowie z Bartkiem Raciborskim zostałem delikatnie skarcony za ten argument. Moim zdaniem mimo wszystko, wypuszczając produkt w jakimkolwiek zakątku Stanów Zjednoczonych potrzeba chwili, by został zauważony i mógł być używany przez liczbę osób równą połowie populacji europejskiej. W przypadku na przykład Polskich projektów, muszą one być przygotowywane w wielu wersjach językowych, by umożliwić korzystanie z nich w różnych krajach. Bartek stwierdził, że jeżeli chodzi o Polskę to nie powinniśmy popadać w jakąś paranoję, bo porównując się na przykład ze wschodnimi sąsiadami mamy nieporównywalnie lepiej rozwinięty rynek internetowy. Tak czy inaczej - target, na jakim mogą skupiać się amerykańskie startupy stawia ich w zdecydowanie bardziej uprzywilejowanej sytuacji.

Wreszcie docieramy do ostatniej bariery, której być może nawet nie jesteśmy świadomi, a zwrócił na nią uwagę Arrington. Kultura biznesu i pewne zachowania, które są dla nas (pewnie nie dla wszystkich ale jednak) charakterystyczne. To prawda, w USA wystarczy chwila nieuwagi, by całkowicie poświęcić swoje życie pracy, jednak częściej jest to praca dająca satysfakcję i nowe wyzwania. Zdaniem Arringtona mamy mentalność spokojnych ludzi wolących ciepłą posadę i pracę na całe życie, od ryzyka i eksperymentów na polu biznesu. To sprawia, że nie tylko rzadziej przekładamy kreatywne pomysły na realne produkcje, ale też ciężej mają Ci, którzy chcą się przebić.

Wiadomo, że pewnych rzeczy, takich jak pofragmentowanie Europy ze względu na języki, stopień świadomości, walutę itp. nie uda się przeskoczyć, tak samo jak nie uda nam się - a przynajmniej nie w najbliższym czasie - dogonić USA pod względem dojrzałości rynku internetowego, na którym w tej chwili się wzorujemy, i z którego kopiujemy większość pomysłów. Ale czy cenzurując/banując/ignorując (czy jak tam jeszcze nazwać ankietę na blogu Le Meura) krytyczne wypowiedzi osób znających się na rzeczy wykazujemy się chociaż w minimalnym stopniu jakąkolwiek dojrzałością branży?


dodajdo.com

3 komentarze do “Europa vs. USA po Le Web ‘08”

  1. MyAvatars 0.2 BTM pisze:

    Zgodzę się jedynie z faktem, że trudniej się przebić ze wzg. na barierę językową. Z drugiej strony mi to nie przeszkadza - nie targetuję stron globalnie, ew. planuje wersje globalne jak już strona odniesie jako-taki sukces.

    Z kosztami porażki to też nie do końca tak. Jasne - jeżeli ktoś bierze kredyty etc. bez dobrego biznes planu i potem okazuje się, że pomysł mu się nie zwraca to może mieć problem. Z drugiej strony sam widzisz po startupach, że wiele z nich to “jednoosobowe firmy”, które potrafią odnieść sukces - w takich wypadkach koszty są nieporównywalnie mniejsze niż wynajęcie agencji czy też skompletowanie ekipy.

    Natomiast nie rozumie stwierdzenia Arringtona o 2 godzinnych przerwach - zapewne jest to oparte na jego wyobrażeniach, a nie faktach. To raczej USofA kojarzy mi się z długimi przerwami na lunch, a sam w pracy mam przepisowe 45 minut przerwy w 3 seriach na herbatę ;-)


  2. MyAvatars 0.2 Dominik pisze:

    “nie targetuję stron globalnie, ew. planuje wersje globalne jak już strona odniesie jako-taki sukces”
    hamerykańce też nie targetują - nie muszą, to jest w ich przypadku jednoznaczne ;]


  3. MyAvatars 0.2 BTM pisze:

    No tak, w ich przypadku tak właśnie jest. Ja mówię ze swojego pt. widzenia, który zdaje się też podzielać duża ilość serwisów w Polsce. Wersji innych niż polskojęzyczne albo nie ma, albo pojawiają się już po jako-takim sukcesie serwisu, albo w wyniku wykupienia serwisu przez obcego inwestora.


Zostaw komentarz